Boże Narodzenie w Hiszpanii to czas, w którym przenikają się stare rytuały, światło grudniowych ulic, migdałowy zapach turrónu i pewne ciepło, nawet jeśli człowiek nie wierzy w nic poza wspólnym stołem. W kraju mocno zlaicyzowanym święta są raczej opowieścią rodzinną niż teologiczną. A jednocześnie istnieją tu zwyczaje tak esencjonalnie hiszpańskie, że bez nich grudzień byłby jak dom bez światła.
W tym przewodniku postaram się przybliżyć Wam najciekawsze elementy hiszpańskich świąt, takie, których na naszym polskim podwórku raczej nie spotkacie, chyba że ktoś w Wigilię dorzuca do karpia langustynki i twierdzi, że polskim szopkom przydałby się większy realizm. Od szopek po winogrona, od Trzech Króli po owoce morza, będzie trochę zaskoczeń, trochę uśmiechu i sporo różnic, które sprawiają, że Boże Narodzenie po hiszpańsku to zupełnie inna bajka. Zajrzymy też na chwilę do Ameryki Łacińskiej, gdzie świąteczne tradycje są równie barwne, jak odległe, i potrafią zaskoczyć nawet najbardziej liberalną osobę przy świątecznym stole.
Belén, serce hiszpańskich świąt
Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Hiszpania żyje dziś głównie choinką, mnie zaskoczyło coś innego. Prawdziwym centrum świątecznego domu pozostaje Belén, czyli szopka. W wielu rodzinach jej przygotowanie ma w sobie coś z misterium i gry zespołowej. Dorośli układają górki z korka, dzieci pilnują owieczek, a ktoś z dumą stawia znany od pokoleń mostek nad papierową rzeką.
W bardziej rozbudowanych wersjach Belén przypomina miniaturowe miasto, z mostami, górami, strumykiem i całym drobnym teatrem codzienności. U niektórych rodziców czy dziadków można znaleźć beleneros, rzemieślników, którzy tworzą figurki z taką czułością, jakby produkowali nie dekoracje, lecz małe wspomnienia..
Choć w Polsce szopki są częścią dobrze znanej świątecznej scenografii, w hiszpańskich Belén czeka niespodzianka, której w naszych dekoracjach świątecznych raczej nie uświadczymy…
El Caganer, katalońska niespodzianka
No i tutaj zaczyna się hiszpańska fantazja, w Katalonii i części Walencji obowiązkowym elementem szopki jest caganer, figurka człowieka w kucki, który… no, robi to, co robi każdy, kiedy idzie tam, gdzie król chodzi piechotą. Bezceremonialnie załatwia swoje potrzeby, najzwyczajniej w świecie, w samym środku Betlejem..
Brzmi absurdalnie, cóż, mnie też pierwszy raz zamurowało, ale caganer symbolizuje płodność ziemi i tak trochę przypomina, że nawet w najświętszych scenach jest miejsce na człowieczeństwo, takie zwykłe, codzienne, nieidealne. Współcześnie caganerami zostają celebryci, tacy jak Messi czy Obama, a także hiszpańscy politycy, których chyba aż za chętnie ustawia się w tej pozycji.
Można więc powiedzieć, że w hiszpańskich szopkach od lat trwa mała demokratyczna rewolucja. Każdy może trafić do Betlejem, nawet ktoś zajęty… swoimi sprawami. Może właśnie dlatego szopka przypomina czasem życie: trochę sakrum, trochę profanum
Kiedy są prezenty i kto je przynosi?
Hiszpańskie dzieci wiedzą jedno. Prawdziwe święto wydarza się nie 24 ani 25 grudnia, ale 6 stycznia. Tego dnia pojawiają się Trzej Królowie, a wraz z nimi prezenty, papierowy armagedon i euforia najmłodszych, która potrafi zdmuchnąć resztki świątecznego porządku w pięć sekund.
Wieczorem 5 stycznia miasta zamieniają się w jedną wielką scenę teatralną. W powietrzu latają garście cukierków, z platform spoglądają Melchor, Gaspar i Baltasar, a tłumy dzieci uzbrojone w papierowe korony przeżywają swoje małe, coroczne misterium nadziei.
A rano 6 stycznia… cóż. Salony wyglądają jak po świątecznej burzy. Pudełka, rowery, pluszaki, książki, czasem ktoś znajdzie skarpetkę, która chyba sama nie wie, jak się tam znalazła.
Santa Claus oczywiście od lat próbuje zdobyć hiszpańskie serca, ale to walka nierówna. Trzej Królowie mają za sobą tradycję, poezję rytuału i coś w rodzaju emocjonalnego monopolu, którego
nawet marketing Świętego Mikołaja nie jest w stanie zmienić.
Przynajmniej na razie.
Reyes Magos kontra Papá Noel, batalia kulturowa
W wielu hiszpańskich miastach pojawiają się żartobliwe dekoracje przedstawiające tę „bitwę”. Królowie odcinają linę, po której Papá Noel próbuje wspiąć się na balkon, jakby chcieli mu delikatnie zasugerować, że to jednak nie jego teren.
Istnieje nawet strona internetowa, która „demaskuje” Mikołaja jako przeciwnika elfów i sprzymierzeńca czystej komercji. Humorystyczna, trochę przerysowana, ale mocno świadoma kulturowego napięcia, zadaje pytanie: komu właściwie oddamy święta?
A jeśli myślisz, że Cabalgata de Reyes to zjawisko wyłącznie hiszpańskie, to… nie do końca.
Cabalgata w Nowym Jorku
Od 1977 roku na ulicach Harlemu także pojawiają się Królowie. Latynoska społeczność przyniosła ze sobą tradycję, która nie tylko się przyjęła, ale z każdym rokiem przyciąga coraz więcej dzieci, rodzin i artystów. Nawet Daddy Yankee maszerował kiedyś w tej paradzie.
To zderzenie kultur przypomina, że tradycje potrafią się przemieszczać, zmieniać i zadomawiać w nowych miejscach, czasem szybciej niż ludzie, wciąż jednak robiąc to samo: łącząc ludzi.
Dwanaście winogron, błyskawiczny rytuał sylwestrowy
O północy 31 grudnia cała Hiszpania wstrzymuje oddech i zaczyna jeść winogrona tak szybko, jakby od tego zależało powodzenie całego następnego roku. Dwanaście dzwonów, dwanaście winogron, dwanaście sekund.
W sklepach, takich jak Carrefour czy Mercadona, znajdziesz nawet specjalne pojemniczki z dokładnie odliczonymi dwunastoma winogronami. Wszystko gotowe, umyte, bez pestek tradycja w wersji „open and pray”.
Ja spróbowałam i powiem tak: to wcale nie jest łatwa sztuka. Sekunda mija szybciej, niż człowiek zdąży przegryźć, a co dopiero połknąć.
Choć wygląda to na tradycję przedwieczną, narodziła się zaledwie w 1909 roku, gdy w Alicante zbiory winogron okazały się wyjątkowo obfite. Rolnicy wpadli na pomysł, który przeszedł do historii marketingu. „Kup winogrona, przyniosą ci szczęście”.
Reszta potoczyła się sama, a dziś nie ma hiszpańskiego domu, który 31 grudnia nie grałby w tę hazardową grę z własnym przełykiem.
Każdy region dodaje coś od siebie. Czerwoną bieliznę, pierwszy krok prawą nogą, symboliczne gesty na szczęście. Hiszpania lubi rytuały, nawet jeśli traktuje je z przymrużeniem oka.
Świąteczne jedzenie, morze, migdały i piec opalany drewnem
Hiszpański stół świąteczny brzmi zupełnie inaczej niż polski.
Zamiast maku i karpia pojawiają się morze i migdały. Dosłownie.
Najczęściej królują owoce morza: krewetki, langustynki, małże, do tego jagnięcina z pieca, turrón jako migdałowy symbol grudnia, polvorones i mantecados, czyli kruche andaluzyjskie ciastka, marcepan z Toledo oraz roscón de Reyes drożdżowe ciasto, w którym można znaleźć figurkę i bób.
Roscón łączy losowość z tradycją. Kto trafi na figurkę, zostaje królem dnia, a kto trafi na bób… cóż, ten płaci za ciasto w przyszłym roku. Taka świąteczna ruletka w wersji cukierniczej.
Boże Narodzenie po drugiej stronie Atlantyku
Wenezuela, Kostaryka czy Honduras, gdzie grudzień miewa zupełnie inne barwy i inny temperament.
W Ekwadorze o północy pali się ogromne kukły mijającego roku. Jedne mają metr wysokości, inne trzy. To rytuał odnowy, w którym spala się to, co odchodzi, żeby zrobić miejsce temu, co dopiero ma nadejść. W Kolumbii próbowano kiedyś wypuszczać płonące balony romantycznie, owszem, ale też niebezpiecznie, dlatego zwyczaj ten trafił na listę zakazów.
W Wenezueli i Hondurasie Dzieciątko Jezus potrafi… zniknąć. Ktoś je „porywa” i ukrywa na kilka dni. Zakończenie bywa przewidywalne, ale urocze: figura wraca, a mieszkańcy celebrują jej odnalezienie. W Hondurasie porywacz zostawia nawet liścik z datą zwrotu, żeby nikt się za bardzo nie martwił.
W Kostaryce śniegu brak, ale jest confetti, i to w ilościach naprawdę imponujących. Na Avenida Central w San José ludzie obrzucają się kolorowymi skrawkami papieru, tworząc świąteczną, ruchliwą chmurę. Symulacja zimy w tropikalnym kraju ma w sobie jakąś własną poezję trochę żartu, trochę magii, a przede wszystkim ogromną radość, której nie da się podrobić.
Wskazówki praktyczne, jeśli planujesz grudzień w Hiszpanii
- Winogrona warto kupić wcześniej, bo 31 grudnia wszyscy nagle przypominają sobie, że potrzebują dokładnie dwunastu.
- 6 stycznia całe państwo zamiera, sklepy, urzędy i ulice mówią „do jutra”.
- Cabalgata 5 stycznia jest piękna, ale lepiej uważać na lecące cukierki, zwłaszcza te większego kalibru.
- Belén można przygotować równolegle z choinką, wtedy możemy poczuć magie polsko hiszpańskich świąt.
- Owoce morza są niemal obowiązkowe w świątecznym menu, nawet jeśli człowiek wolałby tradycyjnego karpia.
Hiszpańskie święta to nie tylko kalendarz i tradycja, to sposób bycia.
Zestaw rytuałów, które przypominają, że czasem jesteśmy razem nie dlatego, że wypada, ale dlatego, że po prostu dobrze jest usiąść przy jednym stole i podzielić się turrónem, winogronem czy choćby głośnym śmiechem.
Hiszpania przeszła głęboką laicyzację, ale święta pozostały żywe. Może właśnie dlatego, że są tu rozumiane mniej jako doktryna, a bardziej jako czas powrotów, długich kolacji, rozmów do późna i dzieci, które z niecierpliwością odliczają dni do Trzech Króli.
Święta mają tu znaczenie bardziej społeczne niż religijne. To moment, kiedy w całym pędzie za pracą, obowiązkami i ambicjami można na chwilę zwolnić, przysiąść i przypomnieć sobie o ludziach, którzy są naprawdę ważni. O bliskich, którzy wciąż są obok.
A gdy dwanaście winogron znika w dwunastu sekundach, nowy rok zaczyna się od wspólnego gestu, drobnego rytuału, który ma więcej znaczenia niż wszystkie dobre postanowienia razem wzięte.
Autor: Anna Voyt

